Rozmawiając z Arturem, po Bzurze 2003, dowiedziałem się, że wpadł na pomysł dłuższego, niż w 2003 roku, marszu. Wybrał już jednostkę, której szlakiem mamy iść – 17 DP. Zapaliłem się do pomysłu ponieważ poprzednio skapitulowałem na samym początku i czułem niedosyt.

    Temat wracał kilka razy w martwym sezonie, nabierając powolutku kształtów. Kilka tygodni przed zdobyłem mapy topograficzne Polski, mieliśmy zatem materiał do stworzenia oleatów. Tym razem to ja miałem zostać kartografem. Artur opisał mi trasę, ja podrukowałem odpowiednie arkusze i zdobyłem kalki. Niestety kilka dni przed zmiana planów, zamiast 2 dni marszu tylko jeden i niestety nie według jakiejś historycznej trasy.

    Jak bumerang powrócił temat owijaczy, Cytadela miała wystąpić nad Bzurą jednolicie w częściej spotykanej wersji umundurowania. Niestety nie udało się ich uszyć dla wszystkich. Dzień przed wyjazdem, po wymianie wielu telefonów, do mnie do pracy przychodzi paczka z mundurami, prosto spod igły. Piękne, sukienne uniformy. Największy problem rozwiązany.

    W czwartek wieczorem przyjeżdża Pitt, z Trójmiasta i okolic miało nas iść 5 ale jak zwykle szarość życia przetrzebiła szyki, i zaczynamy przygotowania do wyjazdu. Nocą jedziemy do Warszawy, tam dołącza Artur i dalej do Sochaczewa, gdzie czekać już mają koledzy z oddziału. Dochodzi północ, zamawiam taksówkę, jedziemy na dworzec, bilety i wsiadamy do pociągu. Już teraz czuje tornister. Mam prawie wszystko co musze wziąć idąc do walki, niestety atrapy amunicji są jeszcze w produkcji. Szczęśliwym trafem znajdujemy miejsca w zapchanym pociągu. Trzeba się trochę rozebrać więc ściągamy oporządzenie, później halsztuki, owijaki i bluzy mundurowe – z kąta dochodzi nas szept, wymieniony przez jakąś pare, zginęliby zanim się rozbiorą. Na ustach pojawia się nam uśmiech. Podróż mija dość szybko, wysiadamy na Wschodniej. Tam jemy szybkie śniadanie, wzbudzając przy tym małą sensację. Czas płynie powoli, my czekamy na Artura. Nagle znajomy stuk – już wiadomo kto idzie. Witamy się serdecznie i natychmiast ruszamy na peron. Pociąg już podstawiony więc zajmujemy miejsca. My z Pittem jesteśmy w kompletnych nowych sortach mundurowych, jako strzelcy, Artur z racji funkcji amunicyjnego ma dwie ładownice na 5 magazynków i ubrany jest w mundur będący mieszaniną nowego i starego. Razem z nami jedzie starszy pan, który z zainteresowaniem spogląda na nas i wymienia, z nami, fachowe uwagi.

    Oto dojeżdżamy do Sochaczewa, maszerujemy przez prawie puste ulice. Pod muzeum już czekają chłopaki. Zabieram się za przygotowanie stóp do marszu. W trakcie, jako dowódca, sypie gromami na niesforna żołnierską brać za brudne buty, pokaleczona skórę na nich oraz za niechlujne noszenie mundurów. Przygotowania skończone, pakujemy się zatem do 2 samochodów i w drogę do Jasieńca – jesteśmy już spóźnieni. Na stacji benzynowej, na wylocie do Rybna, czekają już Bartek oraz Bolek ze swoimi kolegami z Łodzi. Chwila odpoczynku, Bartek musi zrolować koc, sprawdzam troczenie menażek i formujemy szyk. Artur zostaje szperaczem i będzie prowadził grupę. Ruszamy rzędem, za nami umęczeni już 2 dniowym marszem chłopaki z Łodzi. Idziemy do Rybna, tam mamy odwiedzić cmentarz, niestety czas goni, trzeba zejść z trasy więc idziemy dalej. W lasku za Cyprianami mamy pierwszy postój. Sprawdzenie nóg, posiłek i pierwsze rozmowy. Wymieniamy oczekiwania co do bitwy. Po 45 minutach dalej w drogę. Dochodzimy do Ruszków, trzeba uzupełnić płyny, zatrzymujemy się więc przy sklepie. Tam udaje się kupić prześliczny boczek, który zrobi później furorę i co niektórzy bardzo będą pluli sobie w brodę, ze nie nabyli.

    Po postoju wracamy na trasę, do przejścia jeszcze szmat. Za Ruszkami wchodzimy na pola i idziemy na azymut. Tutaj zaczynają się pierwsze kłopoty. Do obozu w Tułowicach, w trybie natychmiastowym, musi pojechać Polsmol. Wydaję mu krótki rozkaz udania się na pobliską stację benzynową, a my ruszmy dalej. Atmosfera stała się nerwowa, wiec w ostrych słowach uspokajam towarzystwo, jednocześnie zaczynamy pierwszą sesję zdjęciową, bo plenery dość dogodne.

    Po sesji zaczynam prowadzić oddział przy pomocy busoli. Idziemy do Juliopola odwiedzić cmentarz. Przecinamy rozliczne pola, idziemy miedzami. Przez chwilę zdarzyła się piaszczysta polna droga z wierzbami. Teraz żal ściska serce, ze nie porobiliśmy tam zdjęć. Dochodzimy do cmentarza w Juliopolu. Wchodzimy i idziemy na kwaterę żołnierską. Leżą tutaj strzelcy konni z 7 psk. Ci mają szczęście, większość leży pod własnym nazwiskiem żołnierze, którzy leżą na Trojanowie nie mieli tyle szczęścia. Oddajemy honory, zapalamy świeczkę, zwiedzamy mogiły. Robimy też krótki odpoczynek i ruszamy dalej.

    Dochodzimy do zabudowań wsi, jest potwornie rozciągnięta wzdłuż drogi. Szukamy sklepu, okazało się, że jest na końcu osady. Po uzupełnieniu płynów wracamy do marszu, tym razem musimy przemierzyć cały Juliopol. Jakieś problemy ze stopami zatrzymały nas znów na przeciwległym końcu. Wykorzystuję więc postój do zmiany skarpet i przesypania stóp. Dzień zaczyna się zbliżać ku końcowi, a przed nami jeszcze daleka droga. Wyszliśmy ze wsi i wchodzimy na leśną drogę. Idziemy według mapy prawie zaklinając, wzrokiem, horyzont by ujrzeć już przynajmniej most w Witkowicach. Nogi coraz bardziej doskwierają, na twarze zaczyna się wkradać lekki grymas bólu. Tempo spadło dość dramatycznie. Robimy kolejny postój, ale nikt już nie siada, nie zdejmuje butów – po prostu stoimy. Bolek mija nas i nie przerywa marszu, mówi, ze już by nie ruszył. Po 30 minutach zbieramy się i dalej na trasę. Dochodzimy do szosy, zapada decyzja, ze amunicyjni łapią okazję bo nie mogą już iść. Ja wlokę się noga za nogą, próbuję nie myśleć ani o bólu, anie o tym co bedzie jak zdejmę buty. Dochodzę do mostu nad Bzurą. Spotykam tutaj Bartka i Bolka idziemy dalej, schodzimy na pola i na przełaj do obozu w Janówku. Za nami ciągną sie amunicyjni. Wcześniej zostawilem tornister i część rynsztunku w samochodzie Funky'ego (wyjechał po nas). Zachodzi słońce, zbliża się 20. Przechodzimy zarośniety strumień, do obozu 100 metrów. Za chwile jestem już wsród swoich. Radość, że się udało. Pytam o, obiecaną rano, fasolkę po bretońsku – zjedli ją ci, którzy nie maszerowali!


Zapraszamy do obejrzenia zdjęć, z tego wydarzenia, w naszej galerii.

Przemysław Michalski