Od wczesnej wiosny wiadome mi było, że w lipcu GRH LOW zorganizuje inscenizację obrony Kępy Oksywskiej. Z wielu powodów wybrana została miejscowość Mechelinki. Jest to historyczne miejsce walk wielu jednosterk LOWyb (marynarzy z batalionu kmdr. Horyda, III batalionu ON, I batalionu ON i 3-y dniowych walk II batalionu 2 Morskiego Pułku Strzelców). Po długim oczekiwaniu nadszedł ten weekend. Miejscem “skoszarowania” szkoła w Mostach. Zakwaterowanie od 16:00 w piątek. Telefonicznie pomagam pilotować kolegów spoza Trójmiasta. Około 18 pierwsi z “Cytadeli” są na miejscu. Ja niestety nie mogłem wyrwać się wcześniej z pracy i do szkoły docieram, razem z Losiem, dopiero koło 20. Po drodze kupujemy kwiaty na mogiłe dowódcy pułku, którego traycję staramy się, w ramach GRH 2-go Morskiego Pułku Strzelców, kontynuować. W biegu przebieram się w mundur, przygotowuję resztę oddziału do wymarszu. Po uszykowaniu się, biegiem na ciężarówkę – jedziemy na cmentarz w Redłowie oddać hołd obrońcom polskiego Wybrzeża. W Redłowie czeka już na nas Biały. Formujemy pododziały i wchodimy w szyku na cmentarz. Rozprowadzam warty na posterunki honorowe (jeden przy grobie płk. Dąbka, wspólny dla ppłk. Pruszkowskiego i mjr. Zauchy oraz wspólny dla ppłk. Szpunara i kmdr. Steyera) reszta rekonstruktorow przezentuje bron. Po rozprowadzeniu poczet oficerski składa wiązanke kwiatów na grobie płk. Dąbka. Od GRH “2-go Morskiego Pułku Strzelców” wiązankę kwiatów, na grobie dowódcy 2MPS ppłk. Ignacego Szpunara, składa kapral Łoś. Po dłuższej chwili ściągam warty i wyprowadzam je z nekropolii, a kapral Łoś wyprowadza reszte pododdziałów. Ładujemy się na ciężarówkę i wracamy do szkoły w Mostach.

Po dopilnowaniu, czy wszystko w porządku z zakwaterowaniem, wracam do Gdańska (w sobotę idę do pracy). Omijają mnie sobotnie próby, prelekcja historyczna oraz patrol w Gdyni. Do Mostów docieram w okolicy kolacji. W międzyczasie dojechała już reszta kolegów, nie wszyscy zgłosili się w szkole. Pokrótkim podsumowaniu zaglądam w scenariusz, chłopaki opisują uzupełnienia poczynione na próbach. Podejmuję decyzję - idziemy ćwiczyć. W minimalnym oporządzeniu ruszamy na okoliczne górki. Tutaj dokonuje się szybkie zgranie pododdziału, wypracowują właściwe reakcje na komendy. Wracamy zziajani na kolację. Stojąc w kolejce po porcje pomagam chłopakom ściągnąć oporządzenie – niech zjedząw spokoju, przed nami jeszcze nocna warta.

W okolicy 0:00 obejmujemy posterunki: w szkole, wokół szkoły i najważniejszy – pole bitwy. Koło 3, po warcie, kłade się spać, reszta chłopaków juz śpi. Ja obmyślam jeszcze plan porannych ćwiczeń.

    Ranek, w niedziele, jest mglisty i pochmurny, a powieki, po nocnej warcie, ciężkie jak ołów. Wstajemy, bo trzeba jeszcze sporo omówić i przećwiczyć w polu. Szybki przemarsz na pole i punkt po punkcie omawiamy scenariusz. Niestety szczupłość czasu pozwala tylko na jedną próbę. Śniadanie przyśpiszono więc wracamy szybko do szkoły. Wchodząc na jej teren wzbudzamy lekki szmer zdziwienia i podziwu. Śniadanie, kąpiel i szykujemy się do wyjścia na “oficjalną” próbę. Idziemy w mundurach, z bronią i bez oporzadzenia. Zabieramy bluzy, by je wysuszyć. Ćwiczymy w koszulach i rogatywkach. Miałem nadzieje, że uda mi się koszule na sobie, ale po dwukrotnym przebiegnięciu pola, nie ma na mnie suchego miejsca. Po próbie wracamy do szkoły, odbywa się lekki wyścig pod prysznice, później obiad, odpoczynek i szykujemy się do mszy polowej.

Dziarsko maszerujemy pod obelisk w Mostach. Podczas mszy, koncelebrowanej przez naszego kapelana i kapelana Marynarki Wojennej, ogromne wzruszenie zaciska mi gardło, na szczęście przy Podniesieniu udaje mi się opanować i prezentujemy broń jak należy.

    Po mszy zakładamy resztę oporządzenia i ładujemy się na ciężarówkę. Ta podwozi nas na pole bitwy. Po drodze mijamy tłumy ludzi, ktore już ida na miejsce inscenizacji. Przy polu bitwy ogrom widzów, przechodzimy wzdłuż nich na podstawę wyjściową do natarcia. Mamy już ze sobą broń i ślepą amunicję do pozoracji pola walki, to powoduje, że wszyscy bardzo się pilnują, żarty skonczyly się z chwilą jej wydania. Zalegamy w rzadkim zagajniku i czekamy na rozwój wypadków. Wreszcie, po dłuższym strofowaniu publiczności, przemówieniach oficjeli oraz wstępie naświetlającym wydarzenia jakie się będą rozgrywać, zaczyna się inscenizacja. Przed wyruszeniem do natarcia nasz kapelan udziela błogosławieństwa chłopakom z GRH “LOW” i SRH “Strzelcy Kaniowscy”, którzy wcielili się w III baon ON oraz nam (SRH “Cytadela” i GRH “2-go Morskiego Pułku Strzelców”) odtwarzającym 6 kompanię II baony 2MPS, jak również Krakusom z SRH “Gdyński Szwadron Krakusów”.

    W odpowiednim momencie ruszamy. Kapitan Sarnecki podaje, gestem, komendę do rozwinięcia się w rój, później, w miarę zbliżania się do pola bitwy, w tyralierkę. Zaczynamy skoki, mijamy odrzucone, przez Niemców, szyki III baonu ON i idziemy dalej. W okolicy wsi zaczynamy walkę ogniową. Później nieprzyjaciel zaczyna nawałę ogniową, na szczęście jest za krótka. Wykorzystując ją idziemy do szturmu, odbić stracone pozycje. Kolejną nawałę przechodzimy w okopie, po niej rusza natarcie niemieckie. Wspiera je Sdkfz 251. Bronimy się dzielnie, ale ich przewaga rośnie. Ostrzeliwana jest wieś, pada komenda do odwrotu. Zaczynamy odskakiwać od lewego skrzydła. Z kapitanem i kapralem odchodzą pierwsi strzelcy. Ja zostaje wraz z obsługą rkm. W końcu i na mnie pora, obsługa już kawał w tyle. Wyskakuję z okopu i pędzę ku swoim by zapanować nad odwrotem. Dochodzą mnie ponaglenia oficerów by wycofać się z pierwszej lini, ktorą mimowolnie próbuję utrzymac. Zaczynamy odwrót skokami. Wieś przeorana pociskami. Po jednym z domów tylko zgliszcza. Oddziały przemieszały się straszliwie. Pierwsze oznaki paniki, na szczęście kapral Łoś sobie z nimi radzi. Jesteśmy już za wsią, a Niemcy zbliżają się do szpitala. Ktoś krzyczy “Trzeba osłonić szpital...”. Ruszam do przodu, po drodze zabieram ze sobą strzelca Lewandowskiego. Biegniemy skokami, w międzyczasie kapitan odwołuje mnie do tylu, trace kontakt z tymi, z którymi szedłem na pomoc medykom. Musimy się wycofać całkowicie do lasu. To ostatni akord bitwy – inscenizacji. Wbiegamy do lasu całkowicie bez tchu, lipcowy upał dał się nam ogromnie we znaki. Kto ma pod ręką sięga po wode. Pijemy dużo i łapczywie. Wymieniamy pierwsze uwagi i wrażenia. Zbieram ludzi by przejrzeć broń. Na szczeście wszystko wystrzelane. Odpoczywamy, a w miedzyczasie rozpoczyna się druga insceniazacja. W jej trakcie przechodzimy na widownie. Tutaj pozujemy do zdjęć, rozmawiamyz widzami. Widać, że się podobało, słychać od czasu do czasu “Dziękujemy”. Po kolejnym “fotograficznym” przystanku, koło pola bitwy, udajemy się do szkoły. Zdajemy broń, dziękuję chłopakom. Szybkie pożeganie, pakuję swoje rzeczy do samochodu i wracam do Gdańska. Na ognisku nie pozwolily mi zostac sprawy rodzinne.

Była to jedna z większych i chyba najlepsza inscenizacja w jakiej brałem udział.

Przemysław Michalski